... Słonik ... 2007-05-31 23:20:40


Możnaby powiedzieć, że bohaterem tego opowiadania jest słoń, ale można też uznać, że słoń został tu użyty jako przenośnia. W każdym razie jest słoń.

Dokładniej rzecz biorąc słonik. Na słonika wszyscy mówią Bebe. Wszystkie dzieci w mieście chcą go obejrzeć. Jednak nie wiedzą, że Bebe jest bardzo smutny. Tylko Jaś to zauważył, ale jak to bywa z Jasiami, nikt mu nie uwierzył.

Bebe jest smutny, bo jest sam. Zoo jest nowe, a Bebe został trochę za wcześnie odebrany swojej mamie. Jego babcia zdążyła mu jednak przekazać historię o wolności, więc teraz jedyne dwie rzeczy, o których myśli Bebe, to wolność i samotność. Dla tego słonika są tylko dwie drogi. Pierwsza to zemsta i próba wydostania się na wolność, a druga to potulne oddanie się losowi i zostanie filozofem. Jak na słonia Bebe ma szanse stać się wielkim filozofem, ale jego szanse wydostania się na wolność są nikłe, co dopiero mówić o tej wolności, o której opowiedziała mu babcia. Spytam, więc krótko i wyraźnie: Co ma zrobić Bebe?


a) poddać się, czy

b) walczyć?



skomentuj (1)

... Nadzieja? ... 2007-01-27 09:09:00

There's a song that's inside of my soul
It's the one that I've tried to write over and over again
I'm awake and in the infinite cold
But you sing to me over and over and over again

So I lay my head back down
And I lift my hands
And pray to be only yours
I pray to be only yours
I know now you're my only hope

Sing to me the song of the stars
Of your galaxy dancing and laughing and laughing again
When it feels like my dreams are so far
Sing to me of the plans that you have for me over again

So I lay my head back down
And I lift my hands
And pray to be only yours
I pray to be only yours
I know now you're my only hope

I give you my destiny
I'm giving you all of me
I want your symphony
Singing in all that I am
At the top of my lungs I'm giving it back

So I lay my head back down
And I lift my hands
And pray to be only yours
I pray to be only yours
I pray to be only yours
I know now you're my only hope

skomentuj (0)

... ^^ ... 2006-10-21 00:20:10

Cultivate your hunger, before you idealize
Motivate your anger, to make them all realize
Climbin' the mountain, never coming down
Break into the contents, never falling down

My knee is still shaking, like I was twelve
Sneaking out the classroom, by the backdoor
A man railed at me twice, though, but I didn't care
Waiting is wasting for people like me

Chorus:
Don't try to live so wise
Don't cry 'cause you're so right
Don't dry with fakes or fears
'Cause you will hate yourself in the end

(Repeat)

You say, "Dreams are dreams"
"I ain't gonna play the fool, anymore"
You say, "'Cause I still got my soul"

Take your time, baby, your blood needs slowing down
Breach your soul to reach yourself before you gloom
Reflection of fear makes shadows of nothing
Shadows of nothing

You still are blind, if you see a winding road
'Cause there's always a straight way to the point you see

Don't try to live so wise
Don't cry 'cause you're so right
Don't dry with fakes or fears
'Cause you will hate yourself in the end

(Repeat x2)

'Cause you will hate yourself in the end

(Repeat x4)

skomentuj (1)

... "Armia Boga" ... 2006-09-20 19:34:22

"[...]
Przy końcu czasów wszędzie będzie Słowo... w niebie i w jego aniołach, na Ziemi i w gwiazdach, nawet w najciemniejszej części ludzkiej duszy. Będzie tam gdzie świat rozpala się najjaśniej. Ale w tej chwili, zostało zaślepione.
[...]"

skomentuj (0)

"Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" 2006-05-29 21:37:16

"- Bo się życzenia dziwnym prawem karmią. Bo nie wedle zachcianki własnej czary moje plotę, ale jak ktoś chytrą sztuczką omota, życia wcześniej zbawiwszy. Ale i wtedy życzenie rzecz śliska, niepewna a groźna. I rzadko komu ono pożytku przyczynia. Tobie nie przyczyniło, dziewczyno. Czy teraz mnie wypuścisz?

- Tylko po to całe gadanie było? - zeźliła się Gronostaj. - Żeby mnie zbałamucić niby wiejską kwoczkę? Niedoczekanie! Mam życzenie!

- Zawsze macie. - Szczurak był wyraźnie znużony. - Dużo złota, gładkie liczko, krasą suknię, blablabla. A potem lezie jedna z drugą w gospodę, ludziom w oczy złotem błyska, kuprem w jedwab przybranym kręci, kryguje się niby kokosz, aż jej ktoś wreszcie kark przetrąci. Zawsze to samo. Do znudzenia. To co ma być tym razem? Baryłka złota? Powóz safianem kryty? Buciki z kryształu górskiego?

- Niby po co komu podobne trzewiki? - zdziwiła się szczerze Gronostaj.

- A bo to idzie w ludzkiej durnocie wyrozumieć? Będzie ze cztery tuziny lat, jak się pomywaczce ze Spichrzy na bal wybrać uroiło i z samym księciem zatańczyć. Kazała sobie karocę z dyni nagotować, suknię szczerozłotą i buciki z kryształu. I pojechała!

- I co? Zatańczył z nią książę, pokochał od pierwszego wejrzenia, a potem żyli sobie w szczęściu wielkim?

Szczurak popatrzył na nią, jakby z rozumu zeszła.

- Wyśmiał ją tylko, jak tylko w progu stanęła w sukni szczerozłotej i pantofelkach z kryształu, przez które stopy przezierały, w odciskach i po chłopsku czerwone. Ubawił się książę pan serdecznie, księżna się ze śmiechu pokładała, bo pomywaczka durna nie sprawdziła, że książę już dobrych parę lat z połowicą mieszkał, rechotali dworzanie i goście pospraszani z okolicznych dworów, nawet grajkowie nie mogli z wesołości smyczków w dłoniach utrzymać. A karzeł, co im błaznował, aż się od radości w portki zeszczał, jak toto cudowisko zobaczył.

- A dziewka? - spytała Gronostaj, a gardło jej się ścisnęło od żałości.

- Dziewka się potem z rozpaczy na pasku szczerozłotym powiesiła, ot co!"

skomentuj (1)

... 2006-05-11 22:00:08

Rilvel'klar Usstan shar'tleg, Usstan jivviim foluss
Drill gaer's naubol Usstan shlu'ta telanth
ulu thir'ku l' klezn Usstan'bal xunor
Usstan orn'la xun jalbol wund ussta yorn
Usstan orn'la belbau rilbol Usstan'bal aslu
Drill l' menvis Usstan lac zhah velkyn
dal uns'aa nin

Dalninuk Guy'ya, Usstan ori'gato dos harl
Dos khalessev uns'aa, believed wun uns'aa
lu' Usstan ori'gato dos harl
D' jal l' klezn Usstan hid dal dos
Usstan shlu'ta'naut veldri l' shame
Lu' Usstan ortelanth foluss, folbol orn
doer, ulu plynn tarthe l' jiv'undus

Gaer's nau i'dol doeb d' nindol olath k'lar
Nau kestal, nau ulin
Usstan zhaun Usstan h'ros tlu duul'sso
Drill Usstan h'ros kyorl jalbyr i'dol
Usstan h'ros jindurn jalbyr tangi

skomentuj (2)

... hmm ... 2006-03-29 21:13:34

"Echhh... słyszałeś to szefie? Szefie!? To... och, już nieważne. To Deekinowi burczało w brzuszku, heh, heh."

Deekin ^^Y

skomentuj (5)

... ach to MZK ^^ ... 2006-02-13 22:56:43



"Najzwyklejszy Poranek"


Pan Tomasz to skromny obywatel dużego miasta, korzystający z usług transportu miejskiego. Dziś, tak jak w każdy inny dzień, stoi on na przystanku autobusowym. Nie powinno ujść tu naszej uwadze, iż pan Tomasz stoi tak już od niemal godziny. I to nie dlatego, że jest masochistą i lubi stać na mrozie, ale dlatego, że zwykle w takim przedziale czasu powinny pojawić się tu już co najmniej cztery autobusy. A nie pojawił się żaden.
Pan Tomasz rozejrzał się dookoła i nagle wzrok jego zatrzymał się na leżącym na pobliskim chodniku, zmaltretowanym rozkładzie jazdy. Tu pana Tomasza tknęło. Przypomniał sobie, że poprzedni rozkład został przecięty w pół i podpalony, podczas gdy ten leżący na ziemi był najwyraźniej cały. Musiał więc być dzisiejszy. Pan Tomasz udał się szybkim krokiem w stronę rozkładu i oto przekonał się w swych najgorszych przypuszczeniach – ZTM dokonało kolejnych cięć w kadrach! Pięty w tym roku!! To naprawdę robiło się nieprzyjemne...
Tymczasem tłum na przystanku rósł z każdą chwilą.
- Co za cholera z tymi autobusami! Szlag by to wszystko trafił... – wydarła się jakaś gruba baba.
- My to przecie jeszcze dobrze mamy, proszę pani – odpowiedziała jej baba jeszcze grubsza. – To drugi przystanek od pętli i jak się postarać, to czasem nawet usiąść można! Bo widzi pani, mój kuzyn to w połowie trasy wsiada... Teraz, po tych nowych cięciach to się chyba za niego co dzień modlić będę, żeby dojechał gdzie trzeba!
Pan Tomasz przysłuchiwał się temu wszystkiemu bez większego zainteresowania, gdy nagle usłyszał głos swego sąsiada, pana Malinki.
- Dzień dobry, panie Tomaszu.
- A, dzień dobry! Wiedział pan o tym nowym rozkładzie?
- A bo to od dziś? W gazetach od trzech dni o tym piszą! Nawet jakieś demonstracje na mieście były, ale wszystko Jelczykami w chodnik wgnietli... I dobrze im tak. Po co się w politykę pchają? Ja tam mam swoje metody... Bo widzi pan, ja się na tę dzisiejszą jazdę dobrze przygotowałem. – Tu pan Malinka uchylił klapę swojej torby, odsłaniając fragment tasaka do mięsa.
Pan Tomasz spojrzał na to zdegustowany. Osobiście uznawał co prawda delikatne formy przemocy przy walce o miejsce, ale trwałe okaleczanie było dlań czymś pozbawionym smaku. Sąsiad Malinka widząc reakcję swego współrozmówcy, zamknął szybko torbę i zaczął się tłumaczyć:
- Bo ja to tak tylko na wszelki wypadek... W połowie trasy muszę dzisiaj wysiąść, a to kłopot z tym nieziemski... I to nie żeby skrzywdzić, ale tylko trochę postraszyć...
Wywód ten przerwało pojawienie się na horyzoncie czterech znajomych światełek. „To ciężarówka” – po przystanku poszła natychmiast zdradziecka plotka, ale równie szybko została zdementowana: to musiał być autobus. Ludzie zbliżyli się do ulicy niby od niechcenia, niezwykle leniwymi ruchami zaczęli przepychać się do miejsca, gdzie wkrótce stanąć miał upragniony pojazd. Gdy ten ostatni zbliżył się na odległość kilkunastu metrów, przepychanki przybrały bardziej jawny charakter i już po chwili kilka osób trzymało się za swe zakrwawione nosy. To wszystko było jednak niczym w porównaniu z psychozą, jaką wywołał szum otwieranych drzwi. Teraz każdy chciał zostać pasażerem, i to najlepiej pasażerem siedzącym. Słychać już było tylko urwane krzyki, przekleństwa oraz głuche uderzenia pięści. Odgłosy walki szczególnie nasiliły się, gdy zabuczał sygnał „po usłyszeniu nie wsiadać”. Wynik końcowy był taki, że kilkanaście osób zostało na przystanku, przy czym część z nich stała, część masowała obolałe części ciała, a jeszcze inni potrzebowali błyskawicznej pierwszej pomocy. Oczywiście, tylko ostatni kretyn mógłby pomóc komuś, kto już za godzinę może być jego konkurentem w kandydowaniu do miana pasażera. Można więc spokojnie powiedzieć, że ci w stanie krytycznym byli właściwie martwi.
Pan Tomasz nie został na przystanku. Udało mu się dostać do autobusu i nawet o mało co, a zdobyłby miejsce siedzące. Niestety, właśnie gdy miał usiąść, jakaś schizofreniczna staruszka uderzyła go w głowę parasolką. Trudno – pomyślał pan Tomasz – najważniejsze, że jadę.
Z przodu autobusu stała młoda kobieta z dzieckiem i bez większego zaangażowania opowiadała bajkę o królu, który w zamian za zabicie smoka oferował pół królestwa, rękę swojej córki oraz dożywotnią miejscówkę na miejsce siedzące w miejskim autobusie. Jak się okazało, śmiałek się znalazł i smoka pokonał, ale niedługo potem został zabity przez zawistnych współpasażerów. Stojący obok kabiny kierowcy starszy pan o siwych włosach z zainteresowaniem przyglądał się tabliczce, na której wypisana była przewidziana liczba miejsc stojących oraz siedzących. Jakiś żartowniś w obu rubryczkach wstawił znaki nieskończoności. Starszy pan dopiero po chwili zauważył, że obie wartości zostały wybite, a wiec były wystawione przez osoby uprawnione i miały zapewne prezentować najnowszy kierunek polityki ZTM.
W którymś momencie w pojeździe zaczęło się podnosić napięcie, bo oto na horyzoncie zamajaczył kolejny przystanek. Pan Tomasz wyjrzał przez okno, by z ulgą stwierdzić, że tutaj ma autobus czeka zaledwie kilka osób. I nagle przez głowę przeszła mu szatańska myśl: „może to pułapka!? Reszta na pewno kryje się za wiatą!!” nic z tych rzeczy jednak nie miało tu miejsca.
Autobus ruszył i natychmiast gwałtownie przyśpieszył. Zaledwie chwilę później skręcił, zarzucając częścią pasażerów o ściany. Podniósł się harmider.
- Halo! Panie kierowca! Co tu się wyrabia... – wydarła się na cały głos jedna z pasażerek.
- Cicho... Niech pani będzie cicho... – wyszeptała siwowłosa starowinka spod okna. – Ja znam tego kierowcę i pani mówię: nic pani nie wskóra! On jest straszny, on zna rozliczne fortele!
- Co mi tu pani gada? Co za fortele?! Hej, panie kierowca?! Słyszysz mnie pan?! Pan sobie myślisz, że pan ziemniaki wieziesz?!
Kierowca, nic nie mówiąc, sięgnął ręką pod siedzenie i wyciągnął niewielki worek ziemniaków, po czym uniósł go do góry tak, aby wszyscy widzieli. Kobieta zamilkła.
- A mówiłam pani, ostrzegałam... – zaszeptała złowrogo siwowłosa staruszka. – Jego fortele są bezlitosne!
Tymczasem na przedzie zamajaczył następny przystanek, niemal równie pusty jak poprzedni. Pana Tomasza niezwykle rozbawiło babsko z olbrzymią walizką, pędzące z pobliskiego bloku. Stanowczo za daleko, by zdążyć... I oto kiedy wszyscy wcisnęli się już do pojazdu, stało się coś dziwnego – kierowca nie ruszył! Zostawił otwarte przednie drzwi i czekał. Pan Tomasz nie mógł uwierzyć własnym oczom...
Zdyszana kobieta po chwili dopadła upragnionego autobusu i wykrzykując w niebogłosy wszelakie pochwały pod adresem prowadzącego pojazd zaczęła z zewnątrz wpychać swoją walizę do środka. A kierowca tylko na to czekał i dokładnie w momencie, gdy bagaż do połowy znalazł się w autobusie, drzwi przeraźliwie zasyczały. Właścicielka zamarła z początku w przerażeniu, ale już po chwili pewnie trzymała się swojej nieszczęsnej walizki, która wystawała teraz na ponad pół metra z autobusu. Niestety, biedna kobieta zdołała wytrzymać tylko dwa przydrożne drzewa – po zderzeniu z trzecim opadła, staczając się do rowu obok drogi. Kierowca, odnotowawszy z zadowoleniem ten fakt, przejechał dla bezpieczeństwa jeszcze kawałek, po czym, nie zatrzymując pojazdu, otworzył kabinę i przecisnął się przez drzwi. Tam sprawnymi ruchami uwolnił zablokowaną walizkę i sprawdził jej zawartość. Nie znalazłszy niczego cennego, wyrzucił bagaż za drzwi i wrócił do kabiny. Doskonale wiedział, że dużo lepiej jest złapać dla przykładu aktówkę biznesmena niż walizę jakiejś grubej baby. Tyle tylko, że aktówki są zwykle mała i trzeba mieć niezły refleks, żeby taką odpowiednio chwycić, a on już się starzał, nerwy mu zawodziły...

* * *

Gdy przejechali dziesięć przystanków, sytuacja stawała się poważniejsza niż ktokolwiek mógłby się spodziewać – ścisk był absolutny, a najbardziej zaludnione okolice dopiero się zaczynały. Trudno było sobie wyobrazić, jak do tego autobusu ktokolwiek mógł jeszcze wejść... A przyszłość, pod postacią jakichś osiemdziesięciu osób malujących się mgliście w przedniej szybie pojazdu, nie wyglądała zbyt różowo. „Może się nie zatrzyma?” – łudzili się jeszcze niektórzy. Ale zatrzymał się.
- Pan się posunie jeszcze trochę! Nie widzi pan, że chcę wejść?! – zakrzyknęła baba z wózkiem. – Pan się posunie! No przecież widzę, że jest jeszcze miejsce!
- Jakie miejsce?! – odezwał się po chwili mężczyzna w berecie. – W tym autobusie nie ma już wolnego miejsca! Pani zaczeka na następny autobus! I gdzie się jeszcze pani pcha?! Nie widzi pani: tu już nie ma miejsca!!!
Kobieta wpadła w chwilową konsternację, po czym doznała olśnienia:
- Nie ma wolnego miejsca? A tam?! – wskazała pustą przestrzeń pod sufitem. Wszyscy spojrzeli do góry i już po chwili baba z wózkiem była wciągana przez kilku rosłych mężczyzn w przerwę między sklepieniem, a głowami pasażerów.
Ten sam los spotkał jeszcze kilkunastu innych nowo przybyłych i autobus ruszył w dalszą drogę. Po kilku następnych przystankach pasażerowie byli już rozmieszczeni mniej więcej w trzech poziomych warstwach, przy czym w niektórych miejscach liczba ta przechodziła w pięć, a nawet i sześć.
Pan Tomasz szczęśliwie znalazł się w wyższych partiach tej dziwnej konstrukcji i spoczywał tam sobie wygodnie, gdy nagle z boku dobiegł go znajomy głos:
- Przepraszam państwa! Ja wysiadam na następnym przystanku. Czy pani może też wysiada? Nie?! To może mogłaby się pani przesunąć... Nie?! A widzi pani ten tasaczek?
- Nic nie widzę, proszę pana. I niech pan się uspokoi... Nam wszystkim jest ciężko.
Pan Malinka nie był najwyraźniej w nastroju do uspokajania się i gdy tylko autobus zaczął zwalniać przed przystankiem, dały się słyszeć kolejne przyciszone świsty tasaka, którym wtórowały różne dziwne krzyki. „To tak tylko, żeby trochę postraszyć...” – pan Tomasz przypomniał sobie słowa sąsiada, który teraz zresztą okazywał się być wyjątkowo skutecznym w dochodzeniu do swego celu. Świsty wyraźnie zmierzały ku wyjściu i gdy tylko otworzyły się drzwi, pan Malinka natychmiast znalazł się na zewnątrz. „No, no! Wysiąść z autobusu w połowie trasy – to nie każdemu się udaje!” – pomyślał pan Tomasz, będący teraz w pełni podziwu dla umiejętności sąsiada, nawet jeśli nie do końca zgadzał się z jego metodami.
Tymczasem na horyzoncie pojawił się następny przystanek. Wtedy na samym przedzie pojazdu kilkanaście twarzy przylepionych do szyby „nie ograniczać widoczności” zmieniło gwałtownie swój wyraz. Szczególnie widoczne było to na licu pewnej dziewczyny, której oczy rozszerzały się nienaturalnie, a usta wyszeptały w histeryczny sposób dwa słowa: „wycieczka z przedszkola!!!”. W całym autobusie natychmiast wybuchła panika. Ludzie chowali w pośpiechu swój dobytek, podczas gdy olbrzymie sztormowe fale nieubłaganie zbliżały się do osady... O przepraszam,. To nie to opowiadanie...
- No, dzieci, wchodźcie! – krzyknęła zaaferowana pani przedszkolanka. Maluchy na tę komendę poczęły szczelnie wypełniać przestrzeń pod sufitem, a jeden z nich wystawił nawet głowę przez lufcik w dachu.
- Ohohoho! Jak tu fajnie!! Widzę dach, hahaha... Hej! Co pan robi?! Nie! Niech pan nie zamyka tego lufcika... Nieee...
Poza tym małym incydentem wszystko zdawało się przebiegać sprawnie i bez problemów. Niestety, kiedy tylko drzwi się zamknęły, przedszkolanka raz jeszcze przeliczyła wszystkie dzieci i z przerażeniem stwierdziła brak jednej sztuki.
- Mareczek! Gdzie jest Mareczek?!
- Tam – krzyknął ktoś wskazując stronę przedniej szyby. Okazało się, że Mareczek stoi sobie beztrosko na środku drogi, patrząc z zaciekawieniem na zbliżający się autobus.
- Niech pan hamuje!!! – krzyknęła przedszkolanka, ale autobus wtedy właśnie jeszcze bardziej przyśpieszył.
Wydarzenie to bardzo wszystkich wzburzyło i w całym pojeździe odezwały się podejrzliwe szepty. Kierowca zdawał sobie sprawę, ze nie ma nic gorszego niż bunt pasażerów, wobec czego musiał szybko przedsięwziąć...
- Drodzy państwo! Mamy dwie minuty spóźnienia, które muszę nadrobić! Nie mogę pozwolić sobie na hamowanie, a gazu dodałem, żeby się dzieciak nie męczył. Widzicie państwo te zdjęcia wiszące w czarnej obwódce na przedniej szybie? Wiszą tam na przestrogę – to kierowcy, którzy nie dojechali na czas na pętlę...
Przemowa ta rozluźniła nieco napiętą atmosferę, a chwilę później wszystko wróciło już do normy.
Pan Tomasz starał się właśnie wyjrzeć przez okno, gdy do jego uszu dobiegł z dołu dziwny bełkot. Z początku zignorował to, lecz po chwili bełkot pojawił się znowu, z tym, że tym razem wyraźnie słyszalny był fragment o czarnej kurtce. Pan Tomasz miał na sobie czarną kurtkę, więc doszedł do wniosku, że to do niego:
- Nic nie rozumiem!
- Wy... ho... hi!
- Co?! Nic nie słyszę!
- Wy... ho... hi!!
- Co?!
Wtem, wśród licznych warstw pasażerów zalegających w autobusie pojawiła się drobna luka, dzięki której pan Tomasz wreszcie mógł usłyszeć głos nieznajomego.
- Bileciki do kontroli!
- Aaa! Mam miesięczny. Oto on – tu pan Tomasz pokazał kontrolerowi bilet.
- Hru... nou!
- Że, co?!
- Hru... nou!!
- Nic nie słyszę!!!
Tym razem kontroler zamilkł i inteligentnie odczekał momentu, aż w ludziach znów utworzy się przesmyk .
- Drugą stroną, proszę pana! Drugą stroną!
- Proszę bardzo!
- Dziękuję!
Pan Tomasz spokojnie schował bilet do kieszeni. Po chwili do jego uszu znów dotarł niewyraźny, zniekształcony głos kontrolera. Tym razem rozmawiał chyba z kimś młodym, a wzrastający poziom głosu świadczył o tym, że prawdopodobnie trafił na gapowicza. I rzeczywiście. Po serii niewyraźnych, lecz głośnych i gwałtownych bulgotów kontroler wypłynął nagle na powierzchnię masy złożonej z pasażerów. Był sam.
- Już ja ci dam, ty młokosie. Ja ci dam, okradać ZTM, złodzieju cholerny! Chowaj się tam wśród ludzi, jak lista jakaś! I tak nic ci to nie da! Nas tu jest trzech!! Heniek! Józek! Szukamy niskiego blondyna w żółtej kurtce!
Z końców autobusu odpowiedziały kontrolerowi dwa niewyraźne bulgoty i po chwili on sam zanurzył się z powrotem w odmęt skłębionych ciał. Pan Tomasz cieszył się tylko, że to już prawie koniec jazdy.






Stacja docelowa: Jaśmin ^^

skomentuj (1)

... bajka ? ... 2005-12-22 08:06:51

„[...]

i w uszach
tylko cichy szept
dwa słowa
„obronię Cię” ”


"Najlepszych i najpiękniejszych rzeczy na świecie nie można ani zobaczyć, ani dotknąć. Trzeba je poczuć sercem."

Helen Keller






"Lori...
jestem pewien, że spędzilibyśmy dziś cudowny wieczór, ale tak naprawdę chciałem tylko podziękować Ci za walentynkową kartkę, którą dałaś mi dawno temu. Może sądzisz, że to było bez znaczenia, ale właśnie takie podarunki niosą w sobie cały urok świata. Dlatego nigdy Cię nie zapomnę.

- Twój Ravis”


Siedział w oknie na trzynastym piętrze starej kamienicy, spoglądając na przechadzających się w dole ludzi. Wszyscy zabiegani i pędzący przed siebie w nieznanych sobie kierunkach, gnający za tanimi drobnostkami pozbawionymi dla niego jakiejkolwiek wartości. Teoretycznie okres walentynek powinien być wesoły i pełen ciepła, jednak dla niego ciepło było jedynie płomieniem dogasających węgli w kominku lub aromatycznym, ciężkim zapachem perfum pozostawionych w tym mieszkaniu być może wieki temu.
Siedząc na gzymsie parapetu z nogami wiszącymi i rytmicznie stukającymi w kamienistą ścianę zamykał oczy delektując się jakimś odległym wspomnieniem w akompaniamencie lekkich ukłuć opadającego na skórę deszczu.
- Jak ten czas szybko minął - mruknął do siebie spoglądając gdzieś w dal przez zamglone oczy. Zeskoczył z parapetu, chwycił klucze i pomarańczową koszulę z krótkim rękawem, po czym wybiegł z domu w stronę przystanku autobusowego.

W autobusie tłukącym się gdzieś po podmiejskich drogach zajął jedno z miejsc.
Autobusy zawsze źle mu się kojarzyły - z czymś, co minęło i z czymś, co puścił. Zwłaszcza te stare, z żółtym podbiciem dachu i dziwnie miękkimi siedzeniami nie pozwalały wsiąść do siebie bez dziwnego poczucia niepewności.
W rękach ściskał bukiet świeżych, pachnących kwiatów. Implikacja kilku ulubionych kwiatów - w śród nich rozbawiające go niezapominajki.
Naprzeciwko, po drugiej stronie przejścia miedzy rzędami siedziała dziewczyna, której spojrzenie wędrowało ciągle w stronę tamtego bukietu. Gdy mężczyzna miał wysiadać, nieoczekiwanie położył dziewczynie na kolana kwiaty.
- Widzę, że bardzo ci się podobają - rzekł - Myślę, że moja żona będzie się cieszyła, jeśli ci je podaruje. Tak... powiem jej, że dałem je tobie.
Dziewczyna przyjęła kwiaty z ogromna radością.
Mężczyzna wysiadł z autobusu i skierował się powolutku w stronę niewielkiego cmentarza...

Kilka dni później ta sama dziewczyna spotkała nieznajomego z autobusu tuż nad opustoszałym brzegiem morza.
Idąc tak w zamyśleniu, spostrzegła nagle w oddali jego znajomą sylwetkę. Podszedłszy nieco bliżej, przekonała się, że to faktycznie ten sam, który podarował jej bukiet kwiatów. Mężczyzna bezustannie schylał się, podnosił coś i ciskał to do wody.
Gdy podeszła jeszcze bardziej, dostrzegła, że nieznajomy zbiera rozgwiazdy, które fale oceanu wyrzuciły na plażę. Wielce zaintrygowana podeszła do mężczyzny pytając:
- Dzień dobry panu. Przechodziłam właśnie tędy i zastanawiałam się, co pan robi?
- Nie pan, a Ravis i wrzucam te rozgwiazdy z powrotem do wody. Widzisz, mamy odpływ i wszystkie je wyniosło na brzeg. Jeśli nie wrócę ich morzu, umrą z braku tlenu.
- Rozumiem... - odparła. - Lecz takich rozgwiazd muszą być pewnie na tej plaży tysiące i w żaden sposób nie uda ci się uratować wszystkich... Jest ich po prostu zbyt wiele. Poza tym zdajesz sobie chyba sprawę - tłumaczyła - że na tym tylko wybrzeżu podobnych plaż są setki i na każdej z nich morze wyrzuciło pełno rozgwiazd. Nie sądzisz więc, że to, co robisz, nie ma większego znaczenia?
Mężczyzna uśmiechnął się, a potem pochylił, podniósł kolejną rozgwiazdę i wrzucając ją do wody, odrzekł:
- Ma znaczenie dla tej!

skomentuj (6)

... dla wszystkich kryjących coś w sobie... - Jaśmin ... 2005-11-24 16:55:19

“Spacerujemy w powietrzu
Unosimy się na księżycowym niebie
A ludzie w dole śpią, kiedy my latamy.

Trzymam się bardzo mocno
Jadąc po północnym błękicie
Odkrywam, że umiem latać tak wysoko ponad Tobą.

Daleko ponad światem
Wioski przelatują jak drzewa
Rzeki i wzgórza
Lasy i potoki.

Dzieci ze zdumienia otwierają usta
Zupełnie zaskoczone
Nikt na dole nie wierzy swym oczom.

Żeglujemy w powietrzu
Pływamy po zamrożonym niebie
Unosimy się ponad lodowatymi górami,
Które przelatują w dole.

Nagle spadamy nisko w głębię oceanu
Rozbudzając ze snu potężnego potwora

Spacerujemy w powietrzu
Unosimy się na północnym niebie
A każdy kto nas widzi pozdrawia nas gdy przelatujemy.”



Szare niebo powoli okrywało się coraz większym mrokiem...
Pierwsze, nieśmiałe krople deszczu delikatnie pieściły liście drzew... następnie opadając zaczepiały ciekawskie źdźbła trawy, by na koniec zatracić się w ziemi. Niebo płakało... a wraz z nim młody chłopak.
Długie włosy koloru blond posklejane w strąki opadały mu ciężko na twarz... Siedział skulony pod starą wierzbą płaczącą i wsłuchując się w szmer przepływającego nieopodal strumyka nie potrafił zatrzymać łez... Ręce Luthiena trzęsły się mniej, a z każdym oddechem serce biło coraz wolniej... wolniej... aż ucichło...
Deszcz spływał z nieba potokiem...
Na zakrwawionej dłoni chłopaka przysiadł czarny kruk...
Serce ponownie odnalazło swój rytm...
Odrodziło się... niechciane życie...

*

Minęło kilka tygodni od tamtego mrocznego wydarzenia...
Ciepłe promienie słoneczne otuliły całą polanę. Zamyślony Luthien leżał na trawie i ‘gryząc’ niewielkie źdźbło spoglądał na niebo. Jeszcze nigdy nie podobało mu się ono tak bardzo: śnieżnobiałe obłoczki ślamazarnie płynące po błękitnym sklepieniu... i ten wszędobylski kruk...
- Co cię sprowadza tym razem? – wyszeptał; bardziej do siebie samego niż do lądującego obok ptaka. – Hm... kim ty jesteś, co?.. I dlaczego wciąż za mną latasz?
- Kraa! – rozległa się odpowiedź.
- Szkoda, że nie potrafię zrozumieć co masz mi do powiedzenia.
- Kraaa! – ponownie odpowiedział ptak tym razem kręcąc łepkiem.
- Chodź... – zaproponował niepewnie chłopak – pozwiedzamy las we dwoje.
- Kraa!
- Wiesz? Wygadany jesteś. – uśmiechną się Luthien nieświadomie.
- Kraaa! Krra! – Zaskrzeczał czarny kruk siadając na ramieniu chłopaka. – Krraaa!
Luthien sięgnął po leżącą tuż obok torbę, przełożył ją przez ramię i spojrzawszy z zaciekawieniem na swego nowego przyjaciela ruszył tylko sobie znaną ścieżką.

*

Luthien szedł swą ulubioną dróżką, a siedzący mu na ramieniu kruk co jakiś czas skrzeczał z zadowoleniem. Były to miejsca bardzo bliskie chłopakowi; spędził tu większość swego życia.
Z zaciekawieniem obserwowali hasające po drzewach wiewiórki, słuchali śpiewów ptaków; lecz najbardziej podobały im się koncerty świerszczy. To była cała magia tego miejsca... wszystko co ich otaczało było dla nich wyjątkowe, tajemnicze wręcz niesamowite... to był ich dom... Jedynie te miejsca cieszyły Luthiena... tak jak dawniej...
Chłopak nawet nie zauważył kiedy to kruk przejął prowadzenie nad ‘wyprawą’ prowadząc go ku starej, płaczącej wierzbie. Chłopak przystaną na chwilkę - jakby się wystraszył – jednak zacisnął pięści i ruszył przed siebie.
Ogromne drzewo wciąż tętniło życiem. Wśród gęstych, splątanych gałązek rozchodziły się popiskiwania – najprawdopodobniej piskląt – a kolorowe kwiaty i oplatający drzewo bluszcz nadawały mu swego rodzaju delikatności i majestatu.
- Witaj... ‘Starowinko’... – wyszeptał łamiącym się głosem chłopak poczym oparł się plecami o drzewo. – Dobrze cię znów widzieć...
Nogi zaczęły mu się trząść, a oczy oślepiane przez promienie słoneczne - przebijające się między drobnymi liśćmi – zaczęły zachodzić łzami...
Nagle słońce, które tak bardzo raziło, przysłoniła jakaś postać. Luthien – szybko przecierając oczy - spojrzał na nią z zaciekawieniem.
Stała przed nim niewysoka - aczkolwiek troszkę wyższa od niego samego – zgrabna dziewczyna. Zarys jej ciałka był dość dobrze widoczny dzięki lekkiej i przewiewnej sukience, która niewiele miała tajemnic przed wszędobylskimi promykami słonecznymi. Śliczna, uśmiechnięta twarz... drobne usta... i oczy - tych oczu nie dane mu już będzie zapomnieć do końca życia... - niesamowitej barwy, która przywodziła na myśl głębie oceanu... lub czysty błękit bezchmurnego nieba... Porażały go swoją głębią, jakimś niewypowiedzianym smutkiem... ale także przyciągały... przyciągały pięknem, którego nie potrafił opisać...
- Mogę się dosiąść? – zapytała, a Luthien potrząsnął głową – zauważając brak kruka ( ??? ).
- Jasne... dlaczego by nie. – odpowiedział zmieszany.
- Dzięki – uśmiechnęła się i... – Szaruga – przedstawiła.
- Luthien...
- Często tu bywasz, prawda? – zapytała. Słońce błyszczało czerwienią po jej złocistych, upiętych w uroczego kucyka włosach.
- Ostatnio rzadziej... raz na jakiś czas...
- Hm... No tak – Szaruga uśmiechnęła się niewyraźnie do swoich myśli.
Przez następnych kilka chwil siedzieli w ciszy. Luthien rozglądał się za krukiem, ale nigdzie go nie widział...
- Sprawiasz niesamowite wrażenie – powiedziała wreszcie.
- A co niby we mnie takiego... ‘niesamowitego’... to niekoniecznie musi być coś pozytywnego... – Luthien podkreślił ostatnie słowa lekką nutką ironii.
- Ciężko powiedzieć... przecież cię nie znam... – w jej głosie czuć było zakłopotanie – Po prostu takie sprawiasz wrażenie...
- Nio, to faktycznie mnie nie znasz... ale dzięki... miło słyszeć – wyszeptał z uśmiechem.
Śmiech jednak szybko uleciał. Od Szarugi powiewało niesamowitą powagą, niemal przeraźliwą w jej wieku, a wyglądała mu na może z osiemnaście lat; więc co najwyżej trzy mniej od niego.
- Mów sobie co chcesz – powiedziała po krótkiej chwili napięcia. – Dziewczyny potrafią wyczuć takie rzeczy.
- Skoro tak mówisz... – odparł niepewnie.
Siedzieli tak przez kilkanaście minut. Luthien co jakiś czas spoglądał na Szarugę. Starał się by tego nie widziała – co jest raczej niemożliwe gdy wpatruje się w kogoś jak w obrazek – a gdy ich wzrok przypadkiem się spotykał udawał, że szuka czegoś w mchu.

*

Minęła godzina od ostatniego słowa Szarugi. Luthien nie wiedział co ma powiedzieć, nigdy nie był dobry w rozmowach – zwłaszcza z dziewczynami. Zżerała go nieśmiałość i zakłopotanie... i mimo iż po głowie chodził mu jej głos milczał.
Luthien zerknął z zaciekawieniem na siedzącą obok dziewczynę. Zdawała się zupełnie nie z tego świata... jakby była marzeniem sennym... Wydawała mu się piękna... Nie, ona była piękna! Gdy się jej tak przyglądał zauważył, że wzdłuż jej piersi przechadza się mała, włochata gąsienica. Luthien wyciągnął ku niej rękę, jednak szybko przemyślał to co robi. Spojrzał raz jeszcze jak kolorowy owad wspina się po sukience dziewczyny... Uśmiechnął się do siebie... po czym zauważył, że Szaruga przez cały ten czas go obserwuje. Odwrócił wzrok – ponownie “ukrywając się” we włosach - i poczuł jak ciepło napływa mu na twarz. Chciał ją przeprosić... jednak nie mógł wydobyć z siebie żadnego słowa...
- Śmiało. Nie wiem jak ona, ale ja nie gryzę – obróciła się ku niemu.
Zmieszany Luthien powoli wyciągnął dłoń w kierunku ‘pędzącej’ gąsienicy – cały czas patrząc w oczy dziewczynie. Mimo iż miał dłoń zaledwie kilka centymetrów od jej ciała czuł bijące z niej ciepło. Delikatnie położył palec tuż przed ‘nadbiegającą’ gąsienicą, która zatrzymała się na chwilkę, by po kilku sekundach jednak wdrapać się na nowo powstałą przeszkodę.
Chłopak uśmiechnął się delikatnie do obojga – Szarugi i gąsienicy.
- Lubisz zwierzęta, prawda? – zapytała z figlarnym uśmiechem.
- Skąd ta myśl?
- Widziałam cię w towarzystwie kruka... – zaczęła niepewnie - to było... niesamowite.
- Masz rację... lubię zwierzęta – mówiąc to Luthien wpatrywał się w niebo. – Jakby łączyła mnie z nimi jakaś niewytłumaczalna więź...
Szaruga przyglądała mu się przez krótką chwilę... nigdy nie rozmawiała z kimś tak... tajemniczym.
- Wiesz? – zapytała wstając – Pasujesz do tego miejsca... – mówiąc to spojrzała na zegarek. – Sorki, ale muszę już iść. Papasie.
- Do kiedyś... spotkamy się jeszcze? – odpowiedział.
- Z pewnością, możesz na to liczyć – rzekła machając mu na pożegnanie; a gdy przechylił głowę by spojrzeć na nią ostatni raz, Szaruga znikła tak samo szybko jak się pojawiła.
- Nio pięknie. Albo tak mnie zwichrowało, że widzę ‘zbłąkane’ dziewczyny w lesie... albo już kompletnie zwariowałem... – wyszeptał do siebie ze zdziwieniem. – I na dodatek gadam z samym sobą...
Luthien uśmiechnął się do siebie w duchu; sięgnął po torbę i ruszył w drogę powrotną.
Szaruga tymczasem wychyliła się na chwilkę zza drzewa spoglądając na odchodzącego chłopaka.
- Nie ‘Kwiatuszku’... nie zwariowałeś... po prostu nie umiem ci wszystkiego powiedzieć. - Dziewczyna oparła się plecami o stare drzewo i... znikła.

*

Reszta dnia minęła bez większych niespodzianek.
Luthien wrócił dość wcześnie. Gdy otwierał drzwi zegar wybijał właśnie 23:00, a w około panowała cisza i spokój.
Gdy wchodził do sypialni, był tak zmęczony iż nawet nie chciało mu się kłaść na łóżku. Chwycił za miękką poduszkę i wyszedł z nią na dach.
Niebo tej nocy wydawało mu się zupełnie inne, bardziej żywe. Księżyc otoczony migoczącymi gwiazdami niczym matka, którą właśnie otoczyła gromadka dzieci świecił bladym błękitem, a mimo to wydawał się piękniejszy niż kiedykolwiek. Luthien położył poduszkę pod głowę i wciąż obserwował księżyc... sen otulił go dziś wyjątkowo szybko...

*

Gdy spacerował po parku – o dziwo bez kruka - przypadkiem zauważył Szarugę siedzącą na ławce – czytała jakąś książkę. Spoglądał na nią spod czupryny rozpuszczonych włosów, po czym pewnym – aczkolwiek ślamazarnym – krokiem ruszył się przywitać.
- Siem – zaczął niepewnie.
- O, hej... – odparła życzliwie. – ... ty się uśmiechasz – zażartowała.
- Niom, zdarza się – odwzajemnił uśmiech. – Słuchaj?.. może?.. – poczuł jak język pląta mu się przy każdym słowie.
- Tak? – Szaruga spojrzała na niego z zainteresowaniem.
- Nie... nic...
- Może więc chociaż na chwilę usiądziesz? – zapytała chichocząc przy tym.
- Nie miałabyś ochoty... na spacer? – wyjąkał Luthien.
- Czemu nie... jednak pod warunkiem, że będziesz bardziej rozmowny niż ostatnim razem.
- Spróbuję.
Spacerując po parku rozmawiali na tematy, których chęci poruszania Luthien nigdy się u siebie nie dopatrywał, a na które wypowiadał się z tym większą przyjemnością im bardziej były one osobiste. Sam się sobie dziwił, że nagle otwiera swe wnętrze przed zupełnie ‘obcą’ mu osobą... przed osobą, o której nie wiedział nic prócz imienia. Szaruga bowiem, była bardzo tajemniczą dziewczyną.
Opuszczał ją z oporem, choć sam nie wiedział dlaczego... przecież jej nie znał, a ona sama niewiele mówiła o sobie.
Jednak rozmowa z nią dawała mu jakąś niepojętą satysfakcję; płynącą nie wiadomo z czego dziwną przyjemność. Tęsknił do niej już w chwili, kiedy zamieniał z nią pierwsze słowo, a uczucie to nasilało się tym bardziej iż nie wiedział kiedy zobaczy ja następnym razem. Z czasem jednak sytuacja uległa zmianie... bardzo rzadko, ale zaczęli się umawiać. Spotykali się najczęściej w parku, na ścieżce w lesie lub w innych, spokojnych miejscach, gdzie mało kto mógł im przeszkodzić w rozmowach. I tak również miało być tym razem...

*

Luthien wybiegł zza rogu ulicy... gdzie miała czekać na niego Szaruga. Coś tu jednak nie pasowało... a on nie wiedział jeszcze co?
Pisk opon przeciął powietrze nieznośną nutą... a z ust chłopaka wydobył się tylko jeden dźwięk:
- Szaruga! – wrzasnął przerażony a mimo to nadal biegł.
Luthien nie widział nic poza Szarugą... po głowie rozsypały się wszystkie myśli... nie wiedział co robić... Skoczył... widział jak jego ręce dosięgają sukienki Szarugi... słyszał warkot silnika... który wydawał mu się pomrukiem jakiejś bezlitosnej bestii...
Z ust chłopaka wydobył się zduszony dźwięk... a ciało bezwładnie przetoczyło się po masce samochodu...

*

Powoli otworzył oczy... ukazała mu się ona. Szaruga jak zwykle śliczna... i owiana tajemnicą... Ta sama, a jakże odmieniona. Po raz pierwszy Luthien widział ją smutną... i tak łagodną...
- Umarłem? – wyjąkał poobijany chłopak.
Nie czuł bólu... a krew z rozbitej głowy zlepiła mu włosy na czole... Tylko... dlaczego wszystko zastygło... skąd ten dziwny bezruch?
- Czy ja umarłem? – zapytał ją nie mogąc się podnieść.
- Nie ‘Kwiatuszku’ będziesz żył – usłyszał miękki głos Szarugi.
Luthien chciał cos powiedzieć, ale Szaruga przyłożyła mu palec do ust i przyklękła obok niego.
- Powiedz to – wyszeptała pochylając się nad nim.
Wahał się.
- Powiedz, nim dowiesz się prawdy.
- Jak... iej... pra... wdy?.. – jękną.
- Nie mogę cię okłamywać i nie zrobiłam tego ani razu – powiedziała cicho.
Luthien zamknął oczy. Nic nie rozumiał... czuł jak pustkę, którą miał w głowie, powoli wypełnia mu ona.
- Powiedz to...
I już się nie wahał.
- Szaruga... – rzekł słabym głosem – Ja... kocham cię...
Kiedy mówił te słowa, ciepło wokół dziewczyny rosło w niej samej. Gdy zaś skończył światło z jej drobnego ciałka eksplodowało milionami barw.
- Wybacz mi... ale ja nie mogłam stracić ciebie... masz w sobie wiarę... – mówiła przez łzy – wierzysz w rzeczy, które inni odrzucają...
- Dlaczego?..
- Popełniłam samobójstwo... odebrałam sobie życie... – odparła.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Wmówiłam sobie, że... nikt mnie nie kocha...
- A to było kłamstwo.
Szaruga przytaknęła.
- Ja naprawdę cię kocham – wyszeptał.
- W takim razie jeszcze kiedyś się spotkamy. I nie będzie już między nami tajemnic. Żadnych. – powiedziała unosząc się powoli.
- Proszę... zaczekaj...
- Żegnaj... – pokręciła głową. – Będę na ciebie czekać... żegnaj...
Poczuł jak jego ciało staje się coraz bardziej wolne... lżejsze... Przestał odczuwać cokolwiek...
- Nie! – dotarł do niego męski głos. – Jakie żegnaj, chłopcze! Walcz! Słyszysz?!
Luthien otworzył oczy... w około stali ludzie, ale on nie zwracał na nich uwagi. Szukał wzrokiem Szarugi... Szukał... i uwierzył.


- Jaśmin^^





PS. Szarugo... on wciąż czeka...


skomentuj (1)

... Marzenia ... 2005-10-27 09:41:26

Las zapłakał wraz ze smutnym wyciem wilka.
Księżyc nieśmiało przebłyskiwał przez pędzące deszczowe chmury zaś lekki wiatr gnał je przed siebie niczym pies pasterski pilnujący stada swego pana.
Po kilku minutach cały las tonął w łzach nieba jednocześnie czerpiąc z nich życiodajną siłę. Magiczny krąg dopełnił swego przeznaczenia dając światu nowe życie...



*Marzenia*





Samotny wilk przemierzał nieznaną sobie część lasu. Nigdy nie zapuszczał się tak daleko od terenów swej watahy mimo to ślady jakie pozostawiały jego łapy były śladami lekkoducha.

Delikatny, miękki lecz chłodny puch opadał na jego szare futro.
Wtem, uwagę “Szarego” przykuła gromadka kicających w śniegu zajęcy. Położył się i zaczął przyglądać się harcom młodych. W smutnych dotychczas oczach “Szarego” pojawiła się jakaś nieznana mu dotychczas iskierka. Przebudzało się w nim jego przekleństwo... coś przez co został wygnany ze swego stada... uczucia...
Podczas gdy gromadka młodych zajęcy – pod obserwacją rodzicieli – cieszyła się śniegiem nie spostrzeżony do tej pory wilk zaczął odczuwać głód. Nie ma chyba nic gorszego niż to dziwne ssanie w żołądku, zwłaszcza, gdy od kilku dni jedynym pożywieniem jest woda lub otulający te tereny biały puch zagryzany na zmianę z drobnymi liśćmi, które jakimś cudem wciąż zieleniły się gdzieniegdzie.
“Szary” zaczął toczyć w sobie wewnętrzną walkę. Wiedział, że jeśli nie zabije... sam zginie z głodu. Jednak czy to daje mu prawo do mordu? Zacisnął szczęki...
Głód zwyciężył!
Wilk spadł niczym grom z jasnego nieba na niczego nie spodziewającą się grupkę stworzeń. Głód był silniejszy... niezwyciężony...
Śnieg wystrzelił spod jego pędzących łap. Przestraszone zające zaczęły rozbiegać się znikając jak najszybciej między korzeniami rosnącego tuż obok dębu. Nie wszystkie jednak miały tyle szczęścia...
Podobno by jedni mogli dostrzec cenę życia ktoś musi zginąć...
“Szary” rzucił się ku swej ofierze, zaś mały, zdezorientowany zając nie miał najmniejszych szans na ucieczkę. Przeczuwał dla siebie nadchodzący koniec. Nim zdążył wydać z siebie oddech, wilcza łapa przycisnęła go do śniegu. Był zupełnie bezbronny.
Wilk rozwarł swe mordercze szczęki... jednak coś skusiło go by ostatni raz spojrzeć na ofiarę. Przyciśnięty zając spoglądał w oczy swego mordercy, drżał z przerażenia, nie był w stanie choćby drgnąć. Sparaliżował go strach. Gdy “Szary” spojrzał w jego oczy ujrzał w nich swe odbicie... Dla tej małej istoty był potworem... potworem, którym tak naprawdę nie był. Zamknął oczy po czym przybliżył pysk ku przerażonej istocie. Zając czując nadchodzący koniec zacisnął mocno swe drobne łapki. Gdy czuł na pyszczku wilczy oddech zrozumiał, że tak musi być... jednak w chwilę później poczuł jeszcze coś... Coś ciepłego, delikatnego, coś co nie wyrządziło mu żadnej krzywdy... Wilk zamiast dopełnić mordu polizał młode po czym nie spoglądając za siebie uciekł... uciekł przed własnymi instynktami!
Zając, który jeszcze kilka sekund temu umierał z przerażenia, spojrzał na uciekającego wilka. Jego ślady były głębokie, a prawie przy każdym błyszczała już zamarznięta łza... Niepewna oznaka wygranej?.. A być może przegranej walki z samym sobą?..
- Obyś znalazł to czego szukasz... – szepnął zając. – Obyś odnalazł spokój i własne szczęście.

“Szary” gnając przed siebie z zamkniętymi oczyma zupełnie instynktownie omijał wyrastające przed nim drzewa i krzaki. Gnał na złamanie karku w sobie tylko znanym kierunku. Nic nie było w stanie go zatrzymać, nic nie mogło stanąć mu na drodze ku odnalezieniu tego co było mu najcenniejsze. Zmęczenie nie odgrywało tu żadnej roli, przez tych kilka chwil nie liczyło się zupełnie nic poza celem. Głód stał się tylko głuchym “pomrukiwaniem” żołądka, zmęczenie łap motorem ku dalszej drodze, a chęć odnalezienia tej jednej, drobnej części świata dla siebie wszystkim czego pragnął.

Zapadła noc, a on wciąż biegł przed siebie. W końcu wyczerpany padł na śnieg. Jego oddech był szybki, niespokojny...
- Dokąd ja zmierzam?.. Jak mogę oszukiwać sam siebie gnając tak bez sensu?! Nie odnajdę tego czego szukam... być może nawet nie istnieje szansa na odnalezienie tego... Co jeśli wciąż proszę o zbyt wiele?.. NIE! Nie tym razem! Nie mogę się poddawać gdy dotarłem już tak daleko! – mówiąc to podniósł się i ponownie zaczął iść przed siebie – Nie tym... razem. Nie teraz... gdy jestem tak... blisko!.. – padł znużony.

Obudził go szmer mknącego zwierzęcia... dziwny huk i szczekanie psów słyszalne coraz wyraźniej. Podniósł się mozolnie – zmęczenie wciąż mu doskwierało – po czym przysiadłszy zaczął obserwować. Najpierw skierował wciąż zaspane spojrzenie ku śladom mknącego zwierzęcia, a następnie na ścieżkę, z której dobiegały niepokojące dźwięki. Wtem, jego oczom ukazał się potężnie zbudowany mężczyzna, któremu towarzyszyły dwa psy. Myśliwy rozglądał się uważnie we wszystkie strony – mimo iż znał te tereny jak własną kieszeń – i coraz pewniej podążał za tropem odnalezionym przez jego psy.
Wilk obserwował wszystko z niewielkiego wzniesienia, na które wbiegł pędząc jakiś czas temu na ślepo. To polowanie – pomyślał – i chyba wiem kto jest ofiarą... i zapewne nie pogniewają się jeśli odrobinę pokrzyżuje im szyki. Podniósł się na cztery łapy i ostatni raz spojrzał na otaczający go las, po czym zawył zwracając na siebie uwagę myśliwego.
Mężczyzna bez najmniejszego trudu dostrzegł cel swej ‘wędrówki’. Szybkim ruchem skierował lufę strzelby w stronę zwierzęcia po czym wystrzelił. “Szary” nawet nie drgnął gdy powietrze przeciął strzał, a śnieg tuż koło lewej łapy wzniósł się w powietrze. Zawył raz jeszcze po czym udał się w swą stronę...

Rozpoczęło się polowanie...
Żadna ze stron nie dawała za wygraną. Mimo iż psy odnajdywały każdy pozostawiony trop wciąż nie dostrzegały ofiary. Towarzyszące myśliwemu zwierzęta “wystrzeliły” przed siebie.
Śnieg padał coraz mocniej, utrudniając widoczność jeszcze bardziej. “Szaremu” nie robiło to żadnej różnicy; miejsce, w którym się wychował słynie z największych zamieci i burz śnieżnych.
Dwa czarne psy zmylone drugim, nieznanym tropem – doskonale widoczne nawet przy tak uciążliwej pogodzie – rozdzieliły się starając się w ten sposób otoczyć swą ofiarę.
Tymczasem wilk przykryty kilkucentymetrową warstwą śniegu obserwował ich ruchy, wyczekując na odpowiedni moment do ataku. Podczas tych kilku chwil nie było czasu na litość czy słabości... Nastąpił atak!
Silne szczęki wilka zacisnęły się na szyi niczego niespodziewającego się psa. Zwierze szamotało się przez chwilę – nie wydobywszy z siebie żadnego dźwięku – po czym padło martwe, plamiąc bielutki, śnieżny puch szkarłatem własnej krwi. Ciepły, lepki płyn spływał po sierści “Szarego”, który świadomy konsekwencji swego czynu przygotował się na atak drugiego stworzenia.
Nie czekał długo.
Czarna, smukła sylwetka zwierzęcia opadła płynnie tuż przed lupusem. Początkowo zaskoczony pies przyglądał się mordercy swego brata, z pyska toczyła mu się piana zaś oczy zaszły nieposkromioną żądzą mordu.

Przeciwnicy zaczęli zataczać niewielkie koło. Żaden nie lekceważył drugiego na tyle by choćby na ułamek sekundy spuścić drugiego z oczu. Krąg stawał się coraz mniejszy, a z każdym następnym krokiem odległość między zwierzętami malała. Pies zaatakował jako pierwszy...
Wyskoczył ku wilkowi; z pyska prócz złowrogiego warczenia wydobywały się kłęby pary i śliny. Atak był przewidywalny, więcej w nim było agresji niż taktyki. “Szary” odskoczył lekko w bok po czym naprał całym ciałem na rozwścieczone zwierze. Czarna sylwetka psa uderzyła z nieziemską siłą o konar drzewa, a do uszu wilka dobieg pisk i mordercze chrupnięcie miażdżonego kręgosłupa.

Lupus spojrzał raz jeszcze na martwe psy i gdy tylko obrócił się spostrzegł tuż obok znajome już ślady wilczych łap. Przeczucie go nie zmyliło. Miał przed sobą najpiękniejszą wilczycę jaką widział. Jej lekko pomarańczowa sierść pobłyskiwała wśród niewielkich sopli zwisających tuż koło krzaczka przy którym odpoczywała. Każdy jej oddech przepełniała płynność, delikatność... coś w rodzaju niedostrzegalnej magii. Zdawała się idealnie komponować z całym lasem, niczym zaklęta siła jaką włada "Matka Ziemia".
"Szary" podbiegłszy do nieznajomej dostrzegł niewielką ranę na jej tylnej łapie. Spojrzał w jej błyszczące, kuszące złotem oczy...
Padł strzał! Powietrze wypełnił zapach prochu... ogłuszający huk... i pisk...
Gdy tylko tuman dymu unoszącego się ze strzelby myśliwego rozwiał śnieg, mężczyzna osunął się na ziemię. Z rozszarpanego gardła spływała krew, a oczy myśliwego stawały się coraz mętniejsze... w końcu wydał z siebie ostatnie tchnienie...
“Szary” spojrzał w drżące oczy wilczycy po czym padł tuż przed nią...

Obudziło go ciepłe lizanie...
Gdy otworzył oczy miał przed sobą lekko pomarańczowy pyszczek nieznajomej. Rana już nie krwawiła, a on sam czuł się dość dobrze – choć samo opanowanie zamykających się oczy było nie lada wysiłkiem.
- Co sprowadziło cię w te strony? – jej głos był ciepły, delikatny choć lekko drżący.
- Marzenia – odpowiedział zmęczony.
- Opowiesz mi o nich?
- Oczywiście...

skomentuj (5)

... Hm ... 2005-10-03 21:15:21

Chciałbym tu zamieścić coś co wiele dla mnie znaczy... Dla mnie jako osoby, która zaczęła bawić się w pisanie z jakimś durnym przekazem... Może nie jest to literackie dzieło sztuki, ale dla mnie wiele znaczy... Miłego czytania... i może kilku przemyśleń...



"Dziewczynka z... uczuciami"


“Dziewczynka o białej twarzy z czarnymi rzęsami
Z piaskiem pod oczami
W zielonym pokoju
Dzisiaj znowu pięknie śpi.

Ma małe dłonie
I poczerniałe skronie
Dzisiaj w rytmie serc niewiadomych ludzi, nie słyszących ludzi
Biegnie porywając łąki polnych róż

Dziewczyna o białej twarzy
Nie posiada marzeń
W swoich rękach trzyma jednak czas
Z piaskiem pod oczami
Z wiatrem pod skrońmi
W zielonym pokoju śpi”


Który to już raz siadała na tym samym zimnym kamieniu znajdującym się w parku? Tego chyba nie wiedział nikt prócz niej samej.
Siedząc na nim obserwowała życie toczące się wokoło. Mijający ją ludzie śpieszący się gdzieś zupełnie bezsensu... zabiegani i zupełnie nie zwracający uwagi na dwójkę żebrzących w parku ludzi. Pośród tego wszystkiego wyglądali niczym Adam i Ewa... Zagubieni, nie mający stałego miejsca dla siebie, nie znający jutra... a mimo to wciąż uśmiechnięci... wciąż razem.
Dziewczyna otworzyła swe wielkie, brązowe oczy przyglądając się kolejnym ludziom, którzy mijali beznamiętnie ową dwójkę... a jednak nie do końca obojętnych. Zauważyła dwójkę młodych ludzi siedzących na ławce tuż nad rzeką. Nie widziała ich twarzy... jednak z tej odległości dostrzegła dziewczynę opierająca się plecami o chłopaka, który splatał jej ręce na brzuchu – choć nie miała stuprocentowej pewności. Gdy “Adam” podszedł chłopak uśmiechnął się szczerze – chyba wiedział o co poprosi – jednak po tym jak mężczyzna zapytał o coś, jego mina posmutniała; najprawdopodobniej nie mógł pomóc... nic ofiarować... Jakaś dziwna smutna aura otoczyła wówczas ową siedzącą parę...
Ciekawe – pomyślała wciąż siedząca na kamieniu dziewczyna. Jej oczy biegały po całym tym miejscu wychwytując wszelakie dźwięki, słowa... wyłapywała wszystkie ruchy i gesty mijających ją ludzi.

Wszystko toczyło się tu prawie każdego dnia tak samo. Różnice były niewielkie... inna para na ławce... inni spacerujący ludzie... inne rodziny karmiące suchym chlebem kaczki...
No właśnie, rodzina...
Dziewczyna zsunęła się z kamienia, otrzepała drobinki piasku ze spodni; poczym ruszyła w stronę domu.
Gdy przemierzała ulicę ludzie wciąż mijali ją bez zastanowienia. Szła z opuszczoną głową zawianą smutnymi myślami... z szyi wisiał długi, dwukolorowy, wełniany szalik... w uszach rozbrzmiewała muzyka... a ona sama nucąc co jakiś czas kolejny kawałek wracała ku rzeczywistości...

Stojąc przed drzwiami mieszkania zastanowiła się chwilę czy nie wróciła za wcześnie... W momencie gdy chciała się wrócić i przejść jeszcze trochę drzwi uchyliły się, a jej oczom ukazała się znienawidzona postać matki. Kobieta spojrzała na nią pogardliwie, wykrzyczała kilka obelg na powitanie...
- Wreszcie raczyłaś się zjawić ty mały bękarcie! Myślisz kurwa, że ja nie mam lepszych rzeczy do roboty tylko czekać, aż łaskawa pani raczy się pojawić?! Zejdź mi z oczu... ty mała dziwko!
- Też miło cię widzieć... mamo... – mówiąc to weszła do swego pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

Zawsze tak samo... każdy powrót do domu wiązał się z upokorzeniem...
Nienawidziła siebie samej za to, że pozwala na takie traktowanie... z drugiej zaś strony wolała to niż skończyć na bruku, tuląc się do kawałka styropianu... – o gorszej drodze wolała nie myśleć.
Położyła się na łóżku; sięgnęła po niewielką, czarną torbę – pokrytą sentencjami i myślami dla niej ważnymi – i wyciągnęła z niego kolorowy zeszyt, po czym otworzywszy go gdzieś na środku zaczęła zarysowywać kolejną kartkę...
Po godzinie wstała i udała się do łazienki. Krok miała niepewny, lekko chwiejny, a z oczu spływały – wraz z czarnym tuszem – łzy. Odkręciła wodę i przemyła smutną, zmęczoną twarz. Po głowie biegało jej milion pięćset myśli na sekundę. Obmyła twarz raz jeszcze po czym wytarłszy ją grubym, puchatym ręcznikiem z powrotem wróciła do swego pokoju...

Zegar wybijał godzinę pierwszą... w całym mieszkaniu panowała cisza – co prawda od czasu do czasu przecinał ją płaczący kran... śpiew pijaczków z ulicy... lub wrzaski sąsiadów z góry... Ciekawe miejsce – pomyślała. Zewsząd dobiegały ją krzyki, płacz i cierpienia innych... Wywoływało to w jej głowie niesamowity szum przypominający rozbijającą się o betonową przeszkodę fale...
Usiadła na łóżku... poprawiła opadające na twarz włosy po czym przytuliła się do poduszki... Marzyła... Zatracała się w marzeniu o kimś, kto byłby w stanie uwolnić ją od tego wszystkiego... Pragnęła jakiegoś azylu dla siebie... ciepłych ramion, które przyniosłyby ze sobą uczucie bezpieczeństwa... swego rodzaju zapomnienie o tym całym nędznym, otaczającym ją świecie.
Dziś i tak jest spokojnie... odkąd ojciec został aresztowany – nawet nie pamiętała za co tym razem – obywało się bez bójek... awantur... gróźb... Mogła wreszcie w miarę spokojnie... żyć...
Nie, to nie życie – skarciła samą siebie tuląc poduszkę jeszcze mocniej, delektując się jej ciepłem... a jednocześnie pustką i prostotą...
Zasnęła...

Śniła... śniąc marzyła o tym co tak chciała osiągnąć... jednak w jej rzeczywistości nie było miejsca na uczucia. Żyła sama i stwierdziła iż choćby zżerało ją pragnienie kogoś blisko, nigdy nie pozwoli by ją skrzywdzono. Nie miała najmniejszej ochoty na jeszcze większą ilość cierpienia w swym życiu. Zdecydowanie wystarczało jej to co już posiadała... to i tak za wiele jak na nią samą.
Czasami zastanawiała się za co?.. Za co tak bardzo musi cierpieć... Po głowie wówczas wirowały jak szalone pytania... zdarzenia... Z czasem dochodziła do wniosku, że nie zaznała żadnego szczęśliwego dnia w swym życiu...

Obudziła się o trzeciej nad ranem... wciąż tuliła wilgotną od łez poduszkę. W mieszkaniu wciąż panowała cisza... Skuliła się najmocniej jak umiała... czuła się taka mała... zupełnie nieznacząca...

Wybiegła z domu tak samo wcześnie jak zwykle – wolała nie czekać na matkę. Po drodze kupiła słodką bułkę z serem – jedyna słodka chwila dnia – i zapominając o cały świecie biegła na spotkanie z parkiem i swoim kamieniem.
Ludzie ponownie mijali ją bez najmniejszej reakcji... bez choćby najzwyklejszego gestu... uśmiechu...
Mijała znane ulice, nie zwracała uwagi zupełnie na nic...
Gdy tylko postawiła stopę na asfalcie, rozległ się przeraźliwy pisk opon... a po nim dźwięk przypominający zbity śnieg rozchlapywany przez koło samochodu. Przerażony kierowca ciężarówki starał się zapanować nad pojazdem i uniknąć tragedii... za późno...
Ciało dziewczyny odbiło się od maski potężnego pojazdu turlając się i łamiąc... Ona sama zaś nawet nie zdawała sobie sprawy z tego co się stało... Opadła na ziemię... czuła ciepło... uśmiechnęła się szczerze... tak szczerze jak nigdy się jeszcze nie uśmiechała. Po raz pierwszy w życiu czuła w sobie takie ciepło... Starała się zatrzymać je w sobie... nie puszczać... zapragnęła by trwało przy niej już wiecznie i na zawsze... Czuła się spełniona, szczęśliwa, a co najważniejsze czuła! Wylała z siebie wszelakie uczucia i zamknęła je w tej jednej króciutkiej chwili swego życia. Ostatkiem sił objęła swe poturbowane ciało i zebrawszy w sobie... głęboko w sobie wszystkie najpiękniejsze uczucia... zamknęła je w swych małych dłoniach... po czym... odeszła...
Zamknęła oczy...



- Jaśmin









Ps. Ona żyje w każdym z was... wystarczy zajrzeć bardzo głęboko w siebie by odnaleźć tę dziewczynkę... i podzielić się z Nią własnym ciepłem...
Ps2. Zawsze się zastanawiałem... czemu to nie ja?..


* Agnieszko, dziękuję za zezwolenie wykorzystania jednego z Twych wierszy. To dla mnie wiele znaczy i ten opek jest swego rodzaju podziękowaniem dla Ciebie i Twej twórczości.

skomentuj (24)

!! Ostatni człowiek, który nie miał Windows XP !! 2005-09-15 09:21:31

!! Ostatni człowiek, który nie miał Windows XP !!

Ktoś zapukał do drzwi. Był to człowiek z Microsoftu.
- No nie, to znowu ty – odpowiedziałem.
- Przepraszam – w głosie dało się wyczuć lekkie zakłopotanie. – Chyba wiesz dlaczego tu jestem?
Rzeczywiście wiedziałem. Kosztująca 300 milionów dolarów kampania promująca Windows XP miała być tak efektywna, żeby przekonać każdego człowieka na planecie, że Windows XP jest niezbędną, niemalże integralną częścią życia. Problem w tym, że nie wszyscy go kupili. Byłem „Ostatnim Człowiekiem Który Nie Miał Windows XP”. A teraz ten karzełek z Microsoftu stał w drzwiach i nie przyjmował do wiadomości odpowiedzi przeczącej.
- Nie – powtórzyłem raz jeszcze.
- Dobrze, wiesz, że nie mogę się na to zgodzić – odparł beztrosko. Wyciągnął z teczki pudełko Win XP. – No dawaj... Tylko jedna kopia. To wszystko o co prosimy.
- Nie jestem zainteresowany – powiedziałem. – Słuchaj, czy przypadkiem nie ma kogoś innego kogo mógłbyś trochę pomęczyć? Musi być ktoś jeszcze bez Windows XP.
- Przykro mi, ale... nie! – stwierdził człowiek z Microsoftu. – Jesteś jedyny.
- Chyba nie mówisz poważnie. Nie każdy na tej planecie ma komputer, a już na pewno nie każdy, do cholery, ma PeCeta! Jedni mają Macintoshe, inni pracują pod OS/2, chociaż to ostatnie to tylko pogłoska... są ludzie, którym Windows XP jest kompletnie niepotrzebny.
Człowiek z Microsoftu wyglądał na zdezorientowanego.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi?
- Użyteczność! – wrzasnąłem. – Po cholerę to kupować, skoro nie można tego używać?!
- No cóż... Nie bardzo rozumiem o co ci chodzi z tą użytecznością – stwierdził gość z Microsoftu. – Jedyne co wiem, to to, że według naszych notowań wszyscy inni mają kopię.
- Ludzie, którzy na oczy nie widzieli komputera?!
- Mają.
- Indianie znad Amazonki?
- Musieliśmy zaszczepić się przeciwko malarii, ale załatwiliśmy to.
- Amisze?
- No jasne.
- Co ty? – zdziwiłem się. – w jaki sposób namówiliście ich do kupna tego systemu?
- No wiesz, oni nie lubią przeciągów i wmówiliśmy im, że w tym pudełku jest od zatrzęsienia małych okienek. Chyba skłamaliśmy – zasmucił się karzełek – pewnie każdy pracownik Microsoftu pójdzie do piekła. No, ale nie o to chodzi – ożywił się – problem w tym, że wszyscy mają już kopie... Oprócz ciebie!
- I co z tego? – spytałem – Jeśli wszyscy skaczą w przepaść to nie znaczy, że ja też mam skakać.
- Jeśli wydaliśmy 300 milionów na reklamę to tak! Absolutnie tak!
- Nie ma mowy!
- Jezu, znowu do tego wracamy. – powiedział Microsoftowiec. – Wiesz co? Dam ci kopię. Rozumiesz? DAM! Zupełnie za darmo. Po prostu ją weź i zainstaluj na swoim sprzęcie – pomachał przede mną pudełkiem.
- Nie – jego upór zaczynał mnie już męczyć. – Bez obrazy, koleś, ale ja tego nie potrzebuję. I jeszcze jedno. Zwykły system operacyjny reklamujecie niemal jak antidotum na wszystkie troski tego świata. Zupełnie jakby zainstalowanie Windowsów tworzyło światowy pokój, ład i porządek.
- Bo miało tworzyć.
- Przepraszam?
- Światowy pokój. Oryginalny projekt to zakładał. Jedna ikonka i załatwione – koniec walk, głodu i mafii. Proste, prawda?
- Więc co się stało?
- Cóż... Wiesz... To zajmowało dużo miejsca na twardym dysku. Musieliśmy wybrać między tym, a siecią Microsoft Network. Zresztą nie bardzo wiedzieliśmy jak ciągnąć zyski ze światowego pokoju.
- Spadaj.
- Nie mogę. Zabiją mnie jeśli zawiodę – wyjaśnił.
- Kpisz sobie ze mnie?
- Słuchaj – powiedział – sprzedaliśmy to Amiszom. Amiszom, rozumiesz! Teraz otwierają pudełka i dochodzą do wniosku, że ich oszukaliśmy. Zostaniemy zaszlachtowani jeśli tylko kiedykolwiek pokażemy się w Zachodniej Pensylwanii. Jednak zrobiliśmy to. Teraz tylko TY nas wstrzymujesz. To jest upokarzające. Upokarzające dla mnie. Upokarzające dla firmy. Upokarzające dla produktu. To jest upokarzające dla Billa!
- Przecież nic nie obchodzę Billa Gaetsa.
- On właśnie na ciebie patrzy – człowiek z Microsoftu nerwowo spojrzał w niebo. – Pożyczył jeden z tych woskowych, szpiegowskich satelitów. Specjalnie na tę okazję. Ma także jeden z tych laserów, wiesz, o dużej mocy. Zamkniesz za mną drzwi, bach, jestem kupką szarego popiołu.
- Nie zrobiłby tego – powiedziałem. – Mógłby przez przypadek zniszczyć kopie Win’ów.
- Bill jest całkiem niezły w obsłudze tego lasera. – karzełek z Microsoftu wyraźnie się denerwował. – Dobra, miałem tego nie robić, ale nie pozostawiasz mi wyboru. Jeśli weźmiesz tę kopię Windows, hojnie cię wynagrodzimy. Damy ci wyspę na Karaibach. Może być Montserrat?
- Straszna. Tam jest okropny, aktywny wulkan.
- Tylko jeden, w dodatku malutki.
- Słuchaj – warknąłem. – Gdybyś mnie przekonał żebym wziął tę kopię, co zrobilibyście wtedy? Mielibyście cały rynek opanowany. To byłby koniec, żadnych nowych światów do podboju. Co byście zrobili?
Człowieczek z Microsoftu wyciągnął inne pudełko ze swej torby i podał mi je.
- Windows XP dla... zwierząt?!
- Jest przecież bardzo dużo zwierząt domowych – powiedział.
Szybko zamknąłem drzwi.
Dobiegł mnie zza nich dźwięk lasera, skowyt, a potem była już tylko cisza...


< znalezione gdzieś w sieci i przetłumaczone przeze mnie >

skomentuj (2)

... dzyń dzyń ... 2005-09-07 22:51:18

Ding - dong!


Z powodów lenistwa i braku pomysłów przeprasza się za brak ciągu dalszego lub czegoś innego.
Postaram się nadrobić jutro...

Ding - dong!

skomentuj (2)

< przerwa na coś lekkiego - staroć bo staroć, ale może nie wszyscy widzieli > 2005-07-19 14:50:35

"Twoje słowa są ciepłe,
jak cichy letni wiatr
Twoje oczy jak lustro,
odbijają wszystko,
czego pragniesz
Nie bój się jestem tu
Podaj mi swoją dłoń
Jeśli chcesz poznać mój,
niewidzialny ogród
W moim ogrodzie złoty ptak
Śpiewa piękną pieśń
Na wielkiej tęczy śpią motyle
Kwiaty śmieją się
Jeśli szukasz swych marzeń,
tu na pewno znajdziesz je
Dobre słowa i wróżki
co spełniają wszystkie,
Twoje prośby"


Jest na tym świecie jeszcze takie miejsce, gdzie ostatnie marzenie spać kładzie się. Gdzie owo miejsce jest? Cóż... tego chyba nie wie nikt. A jednak... takie miejsce gdzieś jest^^.
Słońce wychylało się leniwie zza polanki pełnej - błyszczących kroplami porannej rosy - niezapominajek, ciekawskich główek maków oraz poszukujących szczęścia koniczynek^^. W starym pniu, koło niewielkiego kamienia - Ty lub ja minęlibyśmy go bez zastanowienia - mieszkało nasze malutkie marzenie.
Pierwsze promyki słońca delikatnie pogłaskały ową istotkę po drobnej twarzy, na której zagościł delikatny, figlarny uśmiech.
Wciąż zaspane - tylko troszeczkę - marzenie "wymknęło" się szybkim susem spod puszystej kołdry i stawiając pierwsze kroczki - dzisiejszego dnia - podbiegło cichutko do otwartego okna. Szarawe oczka drobnego marzenia stały się jeszcze bardziej błyszczące, a uśmiech jeszcze szerszy... Całą polanę spowiła przepiękna tęcza, a błyszczące w świetle porannego słońca kwiaty i wszędobylska trawa wprawiały w iście bajkowy klimat^^.
"Śniadanko" - pomyślało marzenie zbiegając szybkim kroczkiem po krętych schodkach. Po kilku chwilach całą kuchnię oplotły smakowite zapachy, a rozradowane marzenie - przeczesawszy palcami nastroszoną czuprynę - zasiadło przy równie drobnym stoliku. Na zielonych listkach stała jedna miseczka z jagodami - które malutkie szczęście uwielbiało - jedna z poziomkami, jedna z pachnącym plastrami cytryny, a w ostatniej błyszczał złocisty miód. Obok tego wszystkiego stał kolorowy dzbanuszek z wodą źródlaną zaś w plecionym z trawy koszyczku znajdowały się chrupiące bułki.
Po najedzeniu się do syta, marzenie - jak co dnia - usiadło na schodkach przed swą chatką i spoglądając w niebo szepnęło do siebie: "Dziś tego dokonam".
Wstając, marzenie sięgnęło po gitarę i nie zastanawiając się długo - jak to miało w zwyczaju - pobiegło nad wodę. Będąc już zaledwie o kilka kroków od brzegu, marzenie zwolniło kroku... jakby na chwilkę dopadło je zwątpienie. "Nic mnie dziś nie zatrzyma!" - skarciła się istotka po czym zagryzłszy dolną wargę śmiało ruszyła przed siebie.
Woda delikatnie pieściła brzeg, a przywiązana łódka - wykonana z kawałka starej kory - kołysała się wesoło. Marzenie wsiadając do łódeczki ostatni raz spojrzało na swe mieszkanko, a następnie wesoło pomachało na "do widzenia".
Wiaterek był bardzo spokojny, a liściany żagiel nie napinał się zbyt mocno. Marzenie siedząc wygodnie - opierając się o delikatny maszt - drażniło struny instrumentu brzdąkając i wesoło podśpiewując:

"Ja tylko mam gitarę i Ciebie i ten zmierzch
I trzy piosenki stare, które Ci gram gdy chcesz
Pierwsza jak ciepłe deszcze, druga jak świt we mgle
A trzecia słodsza jeszcze niż pozostałe dwie
Kochaj mnie, kochaj bo tylko wtedy wiem
Że blaski są na niebie, a gwiazdy w sercu Twym"

Późnym popołudniem marzenie najadło się... niestety strachu. Malutkie marzenie przez chwilę zapomnienia o mało co nie stało się przekąską dla wielkiego, zielonego potwora morskiego ( ach, te złośliwe żaby^^" ), który wynurzył się tuż przed płynącą łódką.
Marzenie otarłszy drobne, zimne kropelki potu z czoła odłożyło gitarę na bok i spoglądając w błękitne niebo zasnęło...
Księżyc świecił już wysoko na niebie gdy marzenie przebudziło mocne szarpnięcie łódki. Wystraszona istotka wychyliła powoli rumianą twarzyczkę... po czym uśmiechnęła się szeroko. "Nareszcie!" - pomyślało i wyskoczywszy z łódeczki pobiegło szybciutko w kierunku, z którego dobiegało światło.
Gdy marzenie wspięło się na parapet przez otwarte okno zobaczyło swój "cel"... Oparty o ścianę siedział smutnawy chłopak, który bazgroląc coś po kartce starał się zagrać jakąś - tylko mu znaną - melodię. Marzenie przyglądało się jeszcze przez kilka dłuższych chwil po czym postanowiło się przywitać.
Wspinaczka po rękawie koszuli nie była tak trudna jak się to wydawało na początku. Co prawda łzy spływające po policzkach chłopaka czasem moczyły marzenie - które mimo to kurczowo trzymało się materiału. Gdy wreszcie udało się wdrapać na ramię, marzenie usiadło wygodnie tuląc się do szyi chłopaka mówiąc: "Witaj... od dziś będę tylko twoje".





- Jaśmin^^

Tekst zawiera słowa piosenek zespołu IRA: "Ogród" i "Piosenka"

skomentuj (7)

... ślady cz.5 ... 2005-06-26 08:44:34

Trwała jakby w pół śnie.
Słyszała jakby z oddali docierające do niej dźwięki.
Wszystko było jakby przez mgłę.
Gdy otworzyła oczy zauważyła sufit. Pierwszy raz w życiu spała pod czymś co nie przeciekało, nie miało szpar w ścianach...
Była wycieńczona, bolało ją niemal całe ciało, a myśli przelatywały przez głowę z zawrotną prędkością. Zrobiło się jej niedobrze. Pierwsza próba podniesienia się spełzła na niczym i jedyne co zdołała zrobić to paść ponownie w objęcia poduszek.
Gdy tak leżała czuła narastający w niej spokój. Nie miała pojęcia czy to wina otoczenia, otaczających ją zapachów, a może miękkość łóżka?
Dopiero teraz zauważyła mnogość różnorakich przedmiotów jakie ją otaczały. Pod ścianami uginały się półki pełne książek; w drobnych wnękach stały posążki, figurki zasypywały stojącą naprzeciw łóżka szafkę, zaś parapety pełne były pnących się kwiatów. Jeden pokój, a tyle w nim tajemnic...
Poczuła skurcz i burczenie w brzuchu. Była głodna i miała wrażenie jakby przez tydzień nie jadła.
Nie miała siły by wstać, a jej głowa stawała się coraz cięższa.
W końcu zasnęła, zapominając o głodzie i obcości tego miejsca.

skomentuj (12)

... ślady cz.4 ... 2005-06-15 09:30:43

Strach niemal wyrwał jej krzyk z gardła. Nie miała już własnej kryjówki, a to co z niej zostało właśnie płonęło wśród duszącego dymu.
Stała tak i wpatrywała się jak to co wiązało ją z tym miejscem powoli znikało trawione ostrą czerwienią płomieni i otulane czarnym, duszącym dymem. Nie wiedziała co ze sobą zrobić, jak zareagować... Czy ma wybiec i próbować ich powstrzymać? Czy może schować się i przeczekać to wszystko, ukryć się gdzieś pod stertą śmieci i przestać te chwile...
Odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewała. Poczuła na ramieniu czyjś uchwyt, tak silny, że obrócenie jej twarzą do siebie niemal zwaliło ją z nów. Jej oczy stały się większe, spoglądała z przerażeniem w twarz człowieka, któremu wymykała się od kilku lat i tylko chęć przetrwania powstrzymywała ją od przybrania swej prawdziwej formy. Nie było tu miejsca na dumę...
- Co tu robisz?! – zagrzmiał ciężki głos, a mężczyzna go wydający potrząsną nią kilka razy.
- Nic... po prostu... bawię się tu... - A’bel z ledwością wydawała z siebie cichy pisk. Miała suche gardło a słowa przybierały dziwną formę skowytu.
- To nie miejsce na zabawy durny dzieciaku! – spojrzał na nią podejrzliwie. – Nie widziałaś tu zwierzęcia wyglądem przypominającego psa?!
A’bel stała jak sparaliżowana i tylko mruczała coś pod nosem...
- Opowiadaj do jasnej cholery!
- Nie... niczego tu nie widziałam...
- Wynoś się stąd nim stanie ci się krzywda! – mężczyzna odepchnął ją od siebie i ruszył w stronę płonącej szopy.
A’bel nie trzeba było powtarzać dwa razy. Natychmiast obróciła się i biegła tak szybko iż nawet nie zwracała uwagi gdzie biegnie. Oczy zaszły jej mgłą, a nogi instynktownie pchały ją do przodu.
Nie zauważyła nawet kiedy wbiegła do miasta. Nigdy nie pojawiała się w tych rejonach i ogarnięta lekką paniką wbiegła w najbliższą uliczkę.
Potknęła się lecz nie upadła. Ktoś z niezrozumiałą jej delikatnością pochwycił ją i niemal ukrył w ramionach. Poczuła ciepło, bezpieczeństwo lecz instynkt wręcz krzyczał i wzywał do obrony! Zaczęła się szarpać, uderzać dłońmi w klatkę piersiową nieznajomego nim osunęła się zmęczona.
Nieznajomy przewiesił gitarę przez ranię i spojrzał na śpiącą dziewczynę. Jego wzrok z łatwością przebił się przez iluzję jaką otoczyła siebie. Wziął ją na ręce i zniknął gdzieś w ciemnych uliczkach.

skomentuj (3)

... ślady cz.3 ... 2005-06-14 08:10:14

Śmietnik był jedynym miejscem gdzie czuła się bezpiecznie, gdzie dawała radę jakoś przetrwać. Co prawda nie podobało jej się to miejsce, nie nazywała go „domem” ani też nie tęskniła za nim gdy starała się zasnąć w pobliskiej szopie – a właściwie w czymś co szopę przypominać miało, gdyż było to zaledwie kilka desek i znacznie więcej gwoździ.
Spędziła tu niemal całe życie.
Dawniej jej babka opowiadała jej o „Oczyszczeniu”, o innych takich jak ona, o dniach, które już z pewnością nie nadejdą, lecz teraz żyła tu sama...
A’bel węszyła w stercie starych śmieci szukając czegoś, co mogłoby udoskonalić jej kryjówkę. Skołtunione miejscami blond włosy tworzyły niemal artystyczną plątaninę sterczących kosmyków – co tylko dodawało jej urody. Umorusana twarz, błyszczące oczy, zgrabna sylwetka. Znoszone „ogrodniczki” strzępiły się w ponad kilku miejscach – choć to akurat jej odpowiadało – a czarny podkoszulek na ramiączkach zamykał listę dobytku dziewczyny.
Lubiła nocami leżeć na plecach i obserwując gwiazdy wyobrażać sobie iż jest kimś innym, że żyje w jakimś przyjaznym, miłym miejscu. Niestety, wraz z tymi myślami przychodziła też fala łez i złości.
Miejskie śmietnisko było póki co najbezpieczniejszym miejscem – choć i tu ostatnio zaczęli pojawiać się ludzie...
A’bel zaczęła powolutku wycofywać się w stronę swej kryjówki. Oglądnęła się jeszcze raz za siebie, a w jej oczach widoczna była złość.
- Wszędzie ich pełno... jakby mało mieli własnych ziem...

skomentuj (2)

... ślady cz.2 ... 2005-06-04 18:39:45

Obudziły ich kroki, szepty i błyski latarek dostrzegalne przez dziury - niegdyś mogące uchodzić za okna. Cicho spakowali co ważniejsze rzeczy, uśmiechnęli się do siebie i jeszcze ciszej zaczęli wymykać się dziurą przyszykowaną na takie okazje.
Krzyki za ich plecami sprawiały, że obojgu chłodny dreszcz przebiegł po karku.

* * * * *

Gdy wdarli się do zrujnowanego kompleksu nie zastali nikogo. Na ziemi widniały ślady łap, jedyna pozostałość po obecności tych, których szukali.
Największy z pościgu wyszedł na przód by przyjrzeć się śladom. Powoli przyłożył dłoń do ziemi czując jeszcze jej ciepło, zapach również był jeszcze ostry i wyczuwalny. W pobliżu śladów zauważył też kilka kosmyków sierści, rudej oraz jaśniejszej, jednak w tym świetle nie mógł być pewny.
- Muszą być gdzieś niedaleko. Ślady są jeszcze ciepłe, zdecydowanie to ci, których szukamy!
- Jak to możliwe, że po tylu latach te stworzenia wciąż krążą między nami?
- To tylko kwestia czasu aż dopadniemy je wszystkie. Już wkrótce zapłacą za wszelkie krzywdy.
Wszyscy w około rozglądali się nerwowo szukając jakiegoś cienia czy błysku oczu tylko po to, by dać upust swej zemście...

* * * * *

Gdy wybiegli zza rogu niemal wpadli na dwoje ludzi uzbrojonych w strzelby.
K’ natychmiast odepchnął dziewczynę z powrotem za róg, podczas gdy sam doskoczył do najbliższego z mężczyzn.

* * * * *

Przerażeni „łowcy” niemal przewrócili się nieprzygotowani na atak. Nigdy nie widzieli wilka z takiego bliska, a już na pewno nie w takowej sytuacji. Jeden z nich zerwał się do ucieczki jednak szczęki K’ były szybsze. Krew trysnęła z rozszarpanego gardła, a ciało osunęło się bezwładnie. Drugi zaczął krzyczeć i rzucać się po ziemi strzelając przed siebie z zamkniętymi oczyma. Gdy je otworzył nie widział nic prócz krwi, ciała towarzysza i uciekających w oddali dwóch wilków. Z przerażenia skulił się pod ścianą poczym zaczął mamrotać jedno i to samo słowo w kółko: wilki!

skomentuj (3)

... ślady cz.1 ... 2005-06-02 16:16:47

Siedział pod ścianą kruszących się cegieł; czekał.
Czerwień cegieł wymieszana z szarością smużki dymu unoszącego się z papierosa przepełniała go spokojem. To dziwne, że nigdy nie odważył się przyłożyć papierosa do ust i zaciągnąć się jak otaczający go ludzie. Nie, to nie jego świat, on wolał obserwować jak cieniutka smuga ulatuje w powietrze, przemija, ginie gdzieś w pustce powietrza.
Znoszone buty ocierały go w kostkę, rozdarte nogawki dżinsów i przetarta „katana” nadawały mu dość nietypowego wyglądu. Jasne włosy rozsypane na twarzy przesłaniały oczy ukazując światu zaledwie lekki uśmiech odznaczający się w kącikach ust.
Doczekał się...
Gdy przekroczyła próg tego sypiącego się domu zerwał się na nogi przyciskając ją do ściany – w sekundę później papieros rozsypał się iskrami uderzając o ziemię. W jej zapachu było coś nieznanego, coś tępiącego zmysły, rozpraszającego.
Przez chwilę spoglądał w brąz oczu dziewczyny poczym odepchnął się od ściany i wrócił na swoje miejsce z nieufnością przyglądając się każdemu jej ruchowi.
Stała przestraszona, ale spokojna. Jej kraciasta spódnica sięgała kostek, a na trampkach widniały drobinki błota i trawy. Podkoszulek odsłaniał jej brzuch opinając delikatnie jej krągłości. Ciemne, rude włosy spływały kosmykami na twarz, podczas gdy reszta – luzem opadająca na ramiona i szyję - spięta była warkoczem z tyłu głowy. Jej lekko odstające uszy przyozdobione kilkoma kolczykami odbijały nieśmiało promienie słońca – bynajmniej te, którym udało się przedrzeć przez dziury w dachu. Przez klatkę piersiową miała przewieszoną torbę, z której unosiły się miłe zapachy skradzionego jedzenia.
- Spóźniłaś się półtorej godziny... – miał spokojny, lekko chrapliwy głos.
- To nie moja wina... – oparła się o ścianę pod którą stała i spoglądała w ziemię – W mieście jest coraz więcej patroli... Nie ukryjemy się tu długo... to kwestia czasu gdy...
- Nie mamy wyjścia! – warknął chłopak – Jeśli zaczniemy opuszczać kryjówkę na dłużej znajdą nas...
- Wiem...
- Udało mi się zdobyć trochę mięsa. – wyjął zza pleców średniej wielkości zawiniątko, w którym znajdował się kurczak opieczony na złoto. Uśmiechnął się do rudowłosej szelmowsko.
Dziewczyna poderwała głowę , a ruda czupryna rozwiała się na wszelkie strony. Oczy pobłyskiwały jej drobnymi iskierkami podczas gdy zmysł węchu zatracał się w zapachu mięsa i aromacie przypraw.
- Mi też się troszkę poszczęściło. - Roześmiała się i niemal podskakując wyjęła z torby chrupkie jeszcze pieczywo.
- Długo tak nie pociągniemy, musimy wymyślić jakiś sposób na ucieczkę z tego przeklętego miejsca... Jeśli nie, to złapią nas przy następnej kradzieży... A nie uśmiecha mi się klatka...
- Wiem... - usiadła obok kładąc mu głowę na ramieniu i drapiąc go delikatnie za uchem.
- Coś wymyślimy... - uśmiechnął się spod rozczochranych włosów - jak zawsze.

skomentuj (1)
Księga Gości